środa, 28 marca 2012

gonitwa

Mam wrazenie, ze gonie wlasny ogon. Robie rozne rzeczy, ot codziennosc.Im wiecej zrobie tym szersze i glebsze mozliwosci sie przede mna odslaniaja. Staram sie nie widziec brudnych okien, lodowki, ktora nalezaloby umyc, pokladow kurzu w miejscach, ktore mialy pecha znalezc sie poza moim cotygodniowym szlakiem odkurzania. Trudno, nie jestem doskonala pania domu.


Dzisiaj, zamiast pucowac dom, bylam z  klasa Starszego na wycieczce w pobliskim parku narodowym.

Pani opowiadala...

a dzieci sluchaly,

dotykaly,

ogladaly: tu wyschnieta kupe kojota celem zorientowania sie, co kojot jada.

Potem pani znowu pokazywala,

a dzieci sluchaly, patrzyly, chlonely.
Cudowny wiek, kiedy dziecko z zapalem i zainteresowaniem odkrywa swiat. Szkoda mi spedzic te chwile na doprowadzaniu domu do stanu perfekcyjnej czystosci.

sobota, 17 marca 2012

powodz czesc II

Maz pozostal w domu i od samiuskiego bladego switu zaczal obdzwaniac firmy hydrauliczne oraz takie, ktore usuwaja skutki ekscesow kanalizacyjnych. Sama strategicznie zmylam sie z domu odbierajac po drodze Starszego ze szkoly. Poszlismy razem do kina oraz na zakupy. Po zakonczonych rozrywkach pobralismy Mlodszego i ruszylismy do domu przekonani, ze kanalizacja juz dziala i mozna sie umyc, zrobic siku a takze ugotowac obiad. Jakze bardzo sie mylilismy...
- Byli? Przepchali? - zakrzyknelam radosnie od progu. Moj entuzjazm jednak lekko oklapl po tym jak napotkalam ponure spojrzenie Meza.
- Byli. Facet pokrecil sie po domu. Pokiwal glowa. Powiedzial, ze nam wspolczuje oraz ze jego sprzet aktualnie pracuje w Phoenix... - tu Maz ulzyl sobie kilkoma dosadnymi epitetami pod adresem tego takiego i owakiego - Dzwonie dalej. Za godzine przyjedzie inny, mam nadzieje, ze z przepychadlem.
Przyjechal. Przepchal. Odetchnelismy, ale tylko na moment. Zaraz po nim pojawila sie ekipa od suszenia scian i podlog. Pracowali kilka godzin. Wycieli mokre sciany 40cm nad podloga w czterech pomieszczeniach. Wlaczyli 5 wielkich suszarek, ktore przez tydzien dzien i noc suszyly co sie dalo. I halasowaly. Po dwoch dniach myslalam, ze zwariuje. Monotonny, jednostajny, nieustajacy white noise.

Panowie odgrodzili teren budowlany od reszty domu foliowa sciana.
- Ale tam musi byc przeciez jakis zipperek - pisnal Mlodszy - przeciez musimy tam wchodzic!
Jeszcze nie dokonczyl kwestii a panowie rozcieli folie i zainstalowali nam przejscie do/z.
To czerwone to zipperek Mlodszego.

Tu byla kiedys nasza lazienka...

Kolejna z pieciu suszarek. Za czerwonym suwaczkiem sypialnia.
Jeszcze panowie nie zdazyli zabrac swojego halasujacego sprzetu, a rozchorowal sie Mlodszy. W tzw. miedzyczasie przyjechala ekipa, ktora robi nasz podjazd. Od tygodnia po naszym podworzu szaleja koparki, spycharki, walce i ciezarowki. Dodatkowe zrodlo halasu i kurzu. Dzieci wychodza z siebie, by byc jednoczesnie na zewnatrz domu i w srodku, by zadna atrakcja im nie umknela, by towarzyszyc, ogarnac, zarejestrowac. Bo wszedzie cos sie dzieje, wszedzie jest ciekawie i niebezpiecznie. 
Mlodszy wyzdrowial akurat na party urodzinowe brata, bowiem Starszy posrod calego tego zamieszania skonczyl 6 lat. Na szczescie w tym roku przyjecie urodzinowe odbywalo sie nie w naszym nawiedzonym domu, tylko na basenie. Starszy nie bylby jednak soba, gdyby nie uczcil swoich urodzin choroba. Obudzil sie w nocy po przyjeciu z placzem, ze go bola uszy i glowa oraz, ze nic nie widzi. Nie widzial, bo oczy mial zaklejone ropa. Pojechalismy na ER by jak najszybciej ktos nam zapisal antybiotyki, dziecko mialo zapalenie uszu i spojowek. Teraz wiec Starszy zabawia mnie od tygodnia swoim towarzystwem. Podjazd jest prawie skonczony. Panowie od suszarek znikneli razem ze sprzetem. Czeka nas jeszcze tylko remont. Dzieci powoli zdrowieja. Ze wszystkich sil staram sie nie zwariowac. Nie dziwcie sie, ze nie pisze, chociaz naprawde mam o czym...

poniedziałek, 5 marca 2012

powodz czesc I

Byl wieczor. Zajrzalam do lazienki, gdzie Mlodszy plawil sie z rozkosza w wannie pelnej lodowatej wody.
- Dziecko, trzeba bylo sobie napuscic cieplej wody do wanny, skoro chciales sie wykapac - jeknelam - przeciez sie pochorujesz!
Wizja chorego Mlodszego i wszelkie logistyczne komplikacje zwiazane z jego niechodzeniem do przedszkola dala mi impuls do dzialania.
- Wypuszczamy wode - zarzadzilam.
- Ale mi nie jest zimno! - zaprotestowalo dziecko - lubie taka wode.
- Ty mozesz lubic zimna wode, ja nie lubie jak jestes chory - powiedzialam stanowczo i wyjelam korek z wanny.
- Dlaczego ta woda nie odplywa? - zaczelam sie po chwili glosno zastanawiac wycierajac jednoczesnie zziebnietego Mlodszego.
- Ja nic nie zrobilem - pisnal obronnie Mlodszy - to naprawde nie ja!
- Przeciez nie mowie, ze ty - mruknelam - zastanawiam sie tylko dlaczego nie odplywa.
Przynioslam z garazu urzadzenie do przepychania. Nie tylko nie pomoglo, ale jeszcze na dodatek woda radosna, wonna fontanna zaczela wyplywac z otworow w wannie i z klopa...Okazalo sie po chwili, ze w drugiej lazience sytuacja wyglada podobnie. Zaczely zalewac nas scieki, a ja ze swoja jedna sprawna reka i druga w gipsie, ktorego nie wolno zmoczyc, stalam i sie temu bezradnie przygladalam.
Po pol godzinie pojawil sie Maz. Zakasal rekawy i z grubsza sprzatnal. Nadal jednak nie moglismy uzywac kanalizacji, czyli: nie mozna bylo korzystac z toalety, wziac prysznica, umyc rak, pozmywac naczyn, wlaczyc pralki ani zmywarki. Wszelkie proby spuszczenia wody kanalizacja konczyly sie ponownym wybijaniem sciekow.
Wzielam prysznic u Kate. Maz, ktory w sytuacjach trudnych zachowuje duze poczucie humoru i godnosci oraz spokoj krazyl po domu pogwizdujac i pomrukujac pod nosem: Nie takie rzeczy na Grenlandii sie przezylo.(kilka lat temu mial tam projekt i mieszkajac przez jakis czas w namiocie wiodl pionierski tryb zycia).
Nastepnego dnia Maz przy pomocy przeszczesliwego Mlodszego umyl naczynia w misce na zewnatrz. Nastepnie dokonal ablucji oraz pomogl synom w porannej toalecie. No i zaczelismy szukac specjalistow od przepychania rur oraz suszenia podlog i scian...
cdn.